» » Ewa Kraskowska: Miłosz odchodzi

Ewa Kraskowska: Miłosz odchodzi

„Nowa Dekada Krakowska” 2015 nr 5.

Długo myślałam, jak zatytułować ten tekst, który ma być recenzją książki Agnieszki Kosińskiej Miłosz w Krakowie, opartej na dzienniku, jaki autorka prowadziła w ciągu ośmiu lat pracy w roli sekretarki pisarza. Zdecydowałam się w końcu na wariant dość perfidny, zważywszy jak nisko pod koniec życia Miłosz cenił poezję Tadeusza Różewicza (zapis o tym znalazł się u Kosińskiej pod datą 22 października 2002 roku), ale brałam pod uwagę jeszcze dwie inne formuły: „Ciekawość kobiety” oraz „Badania terenowe w twierdzy Miłosz”. Spróbuję się z nich wytłumaczyć.

Fraza pierwsza pojawia się w książce Kosińskiej w zapisie z dnia 17 listopada 2000 roku (piątek). Jest w nim mowa m.in. o liście, jaki Czesław Miłosz otrzymał od swojej „wiernej czytelniczki Renaty Jarosz i natychmiast wyznaczył jej spotkanie u siebie w domu”. Kosińska komentuje:

Chyba jest coś takiego, że Miłosz wyczuwa tę samą energię erotyczną, wyczuwa TO, co na niego działa, i zaraz sobie folguje, to znaczy chce się zaraz przekonać, czy ma dobrą intuicję: napaść oczy i własną pychę też troszkę. No i jest jeszcze ciekawość kobiety, to bardzo ważne u mężczyzn. Ciekawość tego odmiennego gatunku ludzkiego. I to chyba jest atawistyczne, a jeśli – to tym lepiej. To znaczy, daje lepsze efekty [A. Kosińska, Miłosz w Krakowie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015, s. 165. Przy kolejnych cytatach z tej książki będę podawać numer strony w nawiasie].

Tego rodzaju ciekawość o podtekście erotycznym, co nie znaczy – albo przynajmniej nie zawsze znaczy – romansowym, przynosi świetne intelektualnie efekty w relacjach starszych mężczyzn z młodszymi kobietami, o charakterze mistrz-uczennica (przypadek Martina Heideggera i Hannah Arendt), pryncypał-sekretarka (Miłosz z Renatą Gorczyńską, Melchior Wańkowicz i Aleksandra Ziółkowska), a także w rozmowach-reportażach, by przywołać choćby wywiady Hanny Krall i Anki Grupińskiej z Markiem Edelmanem czy Barbary Torańskiej z „onymi”. Między dwiema stronami takiego niesymetrycznego związku, choćby miał on być tylko instrumentalny, doraźny i przelotny, rodzi się specyficzny rodzaj bliskości i poufałości. Nie wnikając tu głębiej w psychologiczne jego podłoże powiedzmy tylko, iż związek taki zaistniał również między Miłoszem oraz Agnieszką Kosińską i zagwarantował powodzenie projektu, jakim stało się dla obojga osiem lat ich codziennego, wielogodzinnego, intensywnego obcowania ze sobą. Dla Miłosza było to ostatnie osiem lat jego długiego życia, a dla Kosińskiej – osiem lat poświęcenia własnej prywatności i własnych planów naukowych staremu pisarzowi i jego otoczeniu. Jej książka świadczy o tym, że dla autorki śmierć Miłosza związku tego nie zakończyła. Jak pisze na wstępie: […] Miłosz w Krakowie to mój tren. Kulminacja nieustannego, prawie dwudziestoletniego myślenia o Miłoszu, o jego czasie i losie” (12).

Ciekawość kobiety oznacza wszakże też kobiecą ciekawość – cechę stereotypowo kojarzoną z żeńskością i w tym zestawieniu na ogół negatywnie waloryzowaną.

Tymczasem w kobiecym wydaniu taka ciekawość często łączy się z troską.

Agnieszka Kosińska, podejmując pracę w charakterze sekretarki Miłosza, nie mogła wiedzieć, co ją czeka, ale z pewnością była tego doświadczenia bardzo ciekawa. Pod względem finansowym oferta nie należała do szczególnie korzystnych, a – jak się miało okazać – negocjacje w sprawie ewentualnej podwyżki sprawiały trudność obu stronom, choć z różnych przyczyn. Prestiżowo, owszem, pozycja ta dawała satysfakcję, ale czy na tyle dużą, by rekompensowało to pełną dyspozycyjność i wszechstronność, jakiej wymagała? Wszak oprócz sekretarzowania Miłoszowi – czytania na głos, pisania pod dyktando, porządkowania domowego archiwum, przygotowywania tekstów do publikacji, prowadzenia korespondencji i niezbędnych kwerend, organizacji spotkań i podróży, pertraktacji z wydawcami, a nade wszystko stymulowania przygasającego intelektu, zmysłów i pamięci starego pisarza – do zadań Kosińskiej należało także pomaganie Carol Milosz w jej zarządzaniu mieszkaniem na ulicy Bogusławskiego 6 w Krakowie, wraz z licznymi modernizacjami i naprawami, których ono wymagało, by życie w nim było znośne. Niekiedy między Miłoszem a jego żoną wywiązywała się rywalizacja o czas pracy jego sekretarki: „Carol […], you’ve stolen Agnieszka, for what? I need her” (236) – takie na przykład wołanie dawało się wówczas słyszeć z jego gabinetu. Po niespodziewanej śmierci Carol większość jej zajęć administracyjno-organizacyjnych w naturalny sposób spadła na Kosińską. „No, pani Agnieszko, czeka panią rola żony” – skomentowała tę sytuację Teresa Walas (313).

Obie te ciekawości – męska ciekawość kobiety i troszcząca się ciekawość kobieca – w przypadku Miłosza i Kosińskiej zaowocowały pięknie i twórczo, a to jest w tej całej historii najważniejsze. Dzięki nim ostatnie lata życia Miłosza wypełniała intensywna praca, której odejście Carol nie tylko nie przerwało, ale na pewien czas wręcz wzmogło. Dzięki nim także instytucja, jaką się stał w okresie krakowskim noblista wraz ze swym otoczeniem, mogła funkcjonować sprawnie i ku ogólnemu pożytkowi. I tu dochodzimy do drugiej formuły, czyli „badań terenowych w twierdzy Miłosz”. Także i ona ma swoje źródło w książce Kosińskiej.

W lutym 2004 roku – a więc w ostatnim roku życia Miłosza – autorka zanotowała taki oto dialog między sobą i swoim pryncypałem: „– Bo wie pani, martwię się, że zwariuję i będziecie mieli ze mną kłopot” – mówi on. „Nie wybiegałabym tak daleko w przyszłość. Poza tym nie wiadomo, kto z nas w tej twierdzy zbzikuje najpierw” – ripostuje ona (514). „Wy” z wypowiedzi Miłosza to „sztab osób” (602) zatrudnionych – etatowo lub bezinteresownie – do tego, by mógł on w miarę sprawnie funkcjonować fizycznie i twórczo oraz, nie bójmy się tej oczywistości, generować przychody. Kosińska niejednokrotnie używa języka przedsiębiorczości, pisząc o finansowych aspektach codzienności w domu Miłoszów – a właściwie dwóch domów, polskiego i amerykańskiego – którymi za swego życia zajmowała się Carol. Dowiadujemy się na przykład, że: „Carol bardzo zajęta sprawami rozliczenia gospodarstwa Miłoszowego za kończący się rok oraz zawiadywaniem tym interesem z oddali. Wydatki bardzo wzrosły: na opiekę medyczną nad CM, na Petera [chorego psychicznie syna pisarza – EK], na życie. Jest też bardzo zmęczona, bo trudno zarządza się biznesem, będąc dziewięć tysięcy mil od centrum” (244). Albo: „Na koncie krakowskim (złotówkowym) mamy 1132 złote i będę potrzebować około 2 tysięcy na wypłaty dla pielęgniarek i na rachunki” (227). I jeszcze: „Ponad cztery godziny archiwizuję produkcję domu Miłoszów: listy, załączniki, e-maile, kontrakty, pozwolenia, pisma i książki. Papiery, wszędzie papiery” (143). Metodyka archiwizowania to zresztą osobny wątek tej narracji, również związany z osobą Carol, która wiele uwagi poświęcała nie tylko wynajdywaniu coraz lepszych, bardziej praktycznych sposobów księgowania przychodów i wydatków, ale także katalogowania wszystkich dokumentów związanych z aktywnością Miłosza. „[R]ubryki zawsze wprowadzają trochę porządku w życie człowieka. Byle nie za dużo” (118) – komentuje przy jednej z takich okazji sekretarka.

Metafora twierdzy uzmysławia, że cały ten skomplikowany system defensywny miał jeden cel – odpieranie ataków starości i śmierci. Przyniósł też ofiary, bowiem do śmierci Carol Milosz w pewnym stopniu mógł się przyczynić (choć to sfera domysłów) brak w porę postawionej przez polskich lekarzy diagnozy. Miejsce, które przypadło w tym systemie Agnieszce Kosińskiej, było naznaczone poznawczą i emocjonalną ambiwalencją: pełne zaangażowanie łączyło się tu ze swego rodzaju „obserwacją uczestniczącą”, właściwą postawie naukowej. Jej prowadzony na bieżąco dziennik, uzupełniony o wpisy późniejsze, stanowiące komentarz post factum do odnotowywanych zdarzeń i refleksji, to jakby raport z wieloletnich badań terenowych nad fenomenem Miłosza, tak długo i skutecznie opierającego się tym dwóm bezwzględnym agresorkom. Sam fakt podjęcia pracy diarystycznej świadczy o tym, iż autorka od początku miała świadomość doniosłości tematu i doświadczenia, z którym przyszło jej się zmierzyć. Czy przeczuwała też koszty, jakie będzie musiała przy tym ponosić? Książka Miłosz w Krakowie zdaje się dowodzić, iż nie przerosło jej ono, iż zdołała mu sprostać. Jak jest w pozatekstowej w rzeczywistości – wie tylko ona sama.

Nie wiem, jak tom ten odbierać będą inni czytelnicy, co z jego zawartości okaże się z czasem najcenniejsze. Dla miłoszologów niewątpliwie wartość samą w sobie stanowić będą zapisy dokumentujące pracę pisarza nad jego ostatnimi dziełami, w której profesjonalna i nie tylko techniczna pomoc Kosińskiej odgrywała ważną rolę. Oprócz utworów literackich i wspomnieniowych powstawało w owym okresie wiele tekstów okazjonalnych – przedmów do cudzych książek, listów, drobnych esejów i artykułów, oficjalnych wystąpień itp.

Ani sporządzona przez Kosińską Bibliografia druków zwartych Miłosza (2009), ani kalendarz jego życia i dzieła, nad którym autorka pracuje, nie są w stanie oddać klimatu owej „kuchni” literacko-intelektualnej, tak sugestywnie uobecnionego w notatkach z jej dziennika.

Dla mnie jednak – a wierzę, że nie będę w takiej lekturze odosobniona – to nie Miłosz jest centralną postacią Miłosza w Krakowie. Jest nią – rzecz to dla tego gatunku intymistyki oczywista i nieuchronna – diarystyczne ego autorki, dalekie skądinąd od egocentryzmu. Osobowościowy i intelektualny autoportret „sekretarki Miłosza” stanowi tu atrakcję co najmniej równą wizerunkowi noblisty, jeśli nie odeń większą. Agnieszka Kosińska zjednuje sobie sympatię i szacunek czytelnika jej książki taktem, z jakim łączy szczerość z dyskrecją, powagę z humorem, a niekiedy wręcz rubasznością, szczególnie zaś uwagą, którą poświęca drugoplanowym i epizodycznym postaciom tej obfitującej w imiona i nazwiska opowieści: rodzinie, przyjaciołom i znajomym Miłosza, osobom z jego „personelu”.

Humor to mocny fundament, na którym wkrótce po podjęciu zadań sekretarki zbudowana została jej relacja z Miłoszem, a także znakomity środek terapeutyczny, odmładzający.

Nie bez przyczyny zdjęcie na okładce przedstawia ich oboje roześmianych – on na pierwszym planie, promieniejący wesołością, ona z tyłu, lekko nieostra, zanosi się od śmiechu. W mieszkaniu na ulicy Bogusławskiego oboje stworzyli wspólnotę śmiechu opartą na tożsamym kodzie kulturowym, na podobnym, jeśli nie identycznym wyczuciu tego, co zabawne.

Rozśmieszanie starca nie jest zadaniem łatwym, lecz Kosińska – wprawiona w celnej ripoście i dobrej anegdocie  – osiągnęła w tym prawdziwą maestrię. A pisarz cenił dobry śmiech i sam chciał go wywoływać.

Pisze diarystka: „Co Miłosz ćwiczył na mnie? Ba. Czasem mawiał: »Pani jest moim pierwszym czytelnikiem. Zważam na pani reakcję, śmiech«. Ale cóż mógł wyłowić? Co wyłowił – to już pozostanie jego tajemnicą” (51). Śmianie się do łez, ryczenie ze śmiechu, wybuchanie śmiechem – to stały motyw zapisków z tego dziennika: „Czuję się troszkę nieswojo, ale to dość oczyszczające, tyle śmiechu dzisiaj” (98). Oczywiście taka wspólnota wymagała skracania dystansu, sporej dozy bezceremonialności w obchodzeniu się z wielkością Miłosza, w czym Kosińska błyskawicznie się odnalazła, choć nigdy nie przestała się doń zwracać per „panie profesorze”. Z upływem czasu ów humorystyczny aspekt jej pracy nabierał akcentów tragikomicznych, jak choćby w zapisanym pod datą 13 marca 2004 dialogu telefonicznym z Jerzym Pilchem. Bardzo już wówczas niedołężny Miłosz przechodził silny kryzys, a krakowskie otoczenie natarczywie zasięgało wieści o jego stanie.

O 15.25 dzwoni Jerzy Pilch „bo się denerwuje”.

Przychodzą:

15.30 Rafał Piliński

17.00 Julia Hartwig

Po 18.00 dzwoni znów Pilch. „Czy mam jechać?” – pyta.

A.K.: A Boże broń, wtedy już na pewno by kipnął.

J.P.: Mówiłaś, że wie, że umiera.

A.K.: Mówiłam, że chce umrzeć. Ale na przykład przyjął Julię Hartwig, powiedział więcej niż trzy słowa.

J.P.: No dobra, to przestaję się trapić. (535)

Ważnym wątkiem narracji Kosińskiej jest jej opowieść o Carol Thigpen Milosz. Druga żona Miłosza podjęła heroiczną decyzję, wiążąc się z o tyle starszym mężczyzną, ale dopiero zgoda na życie u jego boku w Krakowie i ciężka praca związana z tego życia organizacją wymagały od niej prawdziwego poświęcenia. I nie chodzi nawet o to, że polskie standardy mieszkaniowe były nieporównywalne z amerykańskimi, że ciasny Kraków mógł działać klaustrofobicznie na kobietę przywykłą do kalifornijskich przestrzeni. Tego rodzaju dyskomfort był w jakieś mierze neutralizowany w trakcie miesięcy, które Miłoszowie – póki to było możliwe – spędzali w domu na Grizzly Peak, w Berkeley.

Szczególnie trudne musiało być dla Carol jej nieuniknione w Polsce outsiderstwo; nawet we własnym mieszkaniu doświadczała wszak wykluczenia z owej wspólnoty, którą przez kilka godzin dziennie tworzyli tuż za ścianą Miłosz i jego sekretarka.

Nie znając języka ani kodu kulturowego będących tej wspólnoty spoiwem, mogła tylko wsłuchiwać się w salwy śmiechu i szelest obcej mowy, obserwować body language, którym instynktownie posługiwali się polscy przyjaciele i znajomi pisarza, a także obecny w domu na co dzień personel (pielęgniarki, lekarze, pomoc domowa, fachowcy od napraw i remontów). Kosińska rzadko pisze o tym explicite, trzeba to wyczytywać między wierszami. Wielokrotnie treść i tonacja jej zapisków zdradzają irytację zachowaniem i wymaganiami Carol, zwłaszcza jej drobiazgowością i, powiedzmy oględnie, zasadniczym podejściem do spraw finansowych. Bywa, że – zapewne niechcący – żona pryncypała (czasem on sam) sprawiają sekretarce autentyczną przykrość, a nawet ją ranią. Wymowny jest moment, gdy jakiś czas po śmierci Carol Kosińska porządkuje jej korespondencję, głównie systematycznie drukowane przez nią e-maile. Ich treść dotyczy różnych obserwacji związanych z życiem w Krakowie, kulinariów, a także zadomowionych u Miłoszów pielęgniarek i ich rodzin. „Ani słowa o mnie. Ani o mojej rodzinie” – notuje bez komentarza diarystka (441).

Lecz tym, co w stosunku Kosińskiej do Carol Milosz dominuje, jest głęboka empatia dla rzuconej w obcy świat Amerykanki. Hołdem dla niej stała się zanotowana na kartach dziennika kronika jej choroby i śmierci („Zmarła z powodu tak zwanego zespołu mielodysplastycznego […], zaburzenia funkcjonowania szpiku kostnego i krwi. Bezpośrednią przyczyną śmierci była infekcja grzybicza częsta w tym zespole chorobowym”, 313). Jest też w książce wzruszający portret Carol (315-322), sporządzony przez autorkę w pustym mieszkaniu na Bogusławskiego, cztery dni po jej zgonie w szpitalu w San Francisco, tydzień po wylocie do niej Miłosza.

To wyjątkowe w swoim rodzaju epitafium, napisane bez literackich ambicji, za to z troską o niepowtarzalny, tylko tej jednej osobie właściwy szczegół, koloryt, gest.

Kosińska wywołuje z pamięci jej wygląd, sposób ubierania się („Zwykle spodnie, koszula, luźny, sportowy styl, lekko uniesiony kołnierz koszuli i kamizelki lub, kiedy zimniej, polaru”), codzienne czynności („Pamiętam Karolinę w kuchni. Siedzi na wysokim stołku barowym, wciśnięta między kuchenkę gazową a pralkę. Miesza sos czy zupę drewnianą łyżką lub chochlą i dowcipkuje albo obmyśla plany organizacyjne na następny tydzień”), cechy osobowościowe („Świetnie zorganizowana. Samodzielna. Niezależna. Analityczna”), upodobania literackie (Virginia Woolf, Toni Morrison, Nabokov) i własne pasje twórcze (fotografia). Kończy się ten fragment słowami: „Jakże na swój sposób nieszczęśliwa musiała być ta kobieta”.

Kosińskiej zostało dane trudne, bolesne, ale i wyjątkowe doświadczenie asystowania przy umieraniu bliskiej osoby, bo taką stał się dla niej przez te osiem lat Czesław Miłosz. Przy jego śmierci nie była jednak obecna; przejście pisarza na drugą stronę dokonało się, gdy ona wyjechała na krótki urlop z synkiem. Gdy uspokoiło się zamieszanie związane z uroczystościami pogrzebowymi, rozpoczęła się dla niej praca żałoby, również w książce opowiedziana. Są tam szczegóły wyjątkowo mnie poruszające, na przykład powtarzający się motyw szlafroka Miłosza, z grubej frotté koloru butelkowej zieleni w czarne pasy; taki sam miał syn pisarza, Antoni. Po śmierci właściciela zaczyna on jakby żyć własnym życiem. Wisi lata całe w łazience na Bogusławskiego, Agnieszka Kosińska okrywa się nim w październiku 2007 roku, wdychając ślady zapachu, gdy zmoknięta po pogrzebie znajomego suszy własne ubranie na kaloryferze. W maju 2008 zauważa fruwające wokół niego mole, pierze w pralce i suszy na wiklinowym bujaku. Takie materialne okruchy robią na mnie większe wrażenie od obszernych zapisów dokumentujących porządkowanie domowego archiwum czy rozmowy z bliskimi i przyjaciółmi Miłosza. I znów przebłyski rubasznego humoru, jak w scence z rzymskiej promocji tomu Wiersze ostatnie w październiku 2006:

Siedzimy w takiej kolejności, na jednej dość wąskiej i krótkiej ławie: Antoni Miłosz, Ryszard Kapuściński, ja i Jarek Mikołajewski. Każdy ma coś rzec. Jestem najdrobniejsza między tymi postawnymi mężami, ale i tak z trudem mieścimy się w rządku. W pewnym momencie Kapuściński, którego pierwszy raz w życiu widzę na oczy, zauważa to i mówi mi do ucha” „Jarek ma taką wielką dupę, niech się pani przysunie do mnie”. Bardzo mnie to ożywiło i pozbawiło skrępowania przed występem. A w mojej głowie Czesław odpowiedział: „Ciężka sprawa, ciężka sprawa, dupa szersza niźli ława”. (675)

Bo Miłosz po swej śmierci „dybukuje” w ciele i umyśle swojej sekretarki, choć – jak ona sama przyznaje – nie był jej bohaterem „ani literackim, ani historycznym, ani życiowym”. Ale właśnie dlatego, że nie podchodziła doń z uwielbieniem ani nabożnym respektem wobec jego wielkości, zdołali oboje wytworzyć między sobą coś na kształt miłości. Szczęśliwie należała też do osób potrafiących docenić smakowe walory zmrożonej wódeczki i śledzika wieczorową porą… „Wykonywałam pracę u jego łoża domowego, szpitalnego, śmiertelnego. Mieliśmy porozumienie. On wiedział, że ja wiem, że on wie” (660) – napisze z zasłużoną satysfakcją.

Na koniec warto krótko wspomnieć o osobie, która tak fortunnie skojarzyła ową parę. Profesor Teresa Walas – bo o niej mowa – ma niesamowity dar wynajdywania sekretarzy dla noblistów, jej dziełem było przecież także połączenie Michała Rusinka z Wisławą Szymborską. Stworzyła dwa niezwykłe tandemy, które w historii polskiej literatury i kultury mają już zapewnione miejsce wyjątkowe. A było to możliwe chyba tylko w Krakowie.

Ewa Kraskowska

Profesor zwyczajny w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, literaturoznawczyni. W swoich badaniach skupia się głównie na pisarstwie kobiet oraz zagadnieniach związanych z przekładem literackim. Jest autorką książek: Twórczość Stefana Themersona – dwujęzyczność a literatura (1989), Zofia Nałkowska (1999), Piórem niewieścim. Z problemów prozy kobiecej dwudziestolecia międzywojennego (1999, 2003), Siostry Brontë (2006), Czytelnik jako kobieta. Wokół literatury i teorii (2007). Pomysłodawczyni, współredaktorka i współautorka Wielkopolskiego alfabetu pisarek (2012) oraz internetowego Wielkopolskiego Słownika Pisarek: pisarki.wikia.com. Ostatnio ukazała się opracowana pod jej kierunkiem monografia zbiorowa Polskie pisarstwo kobiet w wieku XX: procesy i gatunki, sytuacje i tematy (2015). Aktualnie zajmuje się badaniem i spisywaniem historii rodzinnej, której centralną postacią jest jej Dziadek – ksiądz Józef Alojzy Kaingba, rodem z Mandżurii (zobacz: kraskowska.blogspot.com).