Poniższa garść uwag zrodziła się z pewnego przeżycia. I blisko dwudziestoletniego myślenia o losie pewnego człowieka. Byłam przez osiem ostatnich lat życia Miłosza jego osobistą sekretarką. Po jego śmierci, zdecydowałam, że najłatwiej będzie uwolnić się od niego i tego, co przeżyłam, przepracowując te lata raz jeszcze. Zwrócić bliskości swoistą daninę czy może haracz. Starałam się uporządkować dzieło i zobaczyć je w wielu przekrojach: w rezultacie powstała blisko 900 stronicowa Bibliografia druków zwartych (wydana w 2009) oraz niewydany jeszcze kalendarz życia i dzieła. Przygotowałam do druku Wiersze ostatnie (wydane 2006), dyktowane mi przez poetę oraz niewydaną powieść pt. Góry Parnasu. Science fiction (2012). Nie wymieniam licznych zajęć codziennych i towarzyszących, jak opieka nad krakowskim mieszkaniem poety, prawami autorskimi, w Polsce i za granicą, wykładów, wystaw, prac redaktorskich. Wszystkie te prace zadane sobie, by zyskać dystans.

I wreszcie, moja najnowsza, bardzo osobista książka, pt. Miłosz w Krakowie (2015), by zyskawszy dystans, stracić go. Wrzucić czytelnika w Miłoszowski kosmos. Sprawić, by czytelnik był tam ze mną. Był przy Miłoszu. By sam zdecydował, kim jest Czesław Miłosz. Na czym polegała jego siła fatalna? Présence, obecność?  Co się przekłada na sposób bycia, mówienia, zachowania, styl rozmowy. Kiedy nikt nie patrzy. I kiedy pokój pełen gości. Kiedy stoi przed tłumem i kiedy sam w gabinecie.

Dziś, kiedy miary i hierarchie zatarte, kiedy wystarczy wydać jedną książkę i jest się już pisarzem, kiedy wystarczy przeczytać kilka i jest się już intelektualistą, i wypowiedzieć w kilku mainstreamowych tematach – i jest się już erudytą, spróbuję znów powrócić do świata Miłosza i jego miar.

Myślę więc na głos: Kim nie był Czesław Miłosz?

Choć zabierał głos w ważnych dla narodu swego języka sprawach, nie był intelektualistą. Choć brał się do tematów wielkich (np. Dostojewski, Rosja, wiara, Bóg), nie był erudytą. Notabene, na interpretatora wciąż czeka  temat fascynujący, a mianowicie stosunek Miłosza do Rosji, jego być może XIX-wieczne widzenie Rosji, jego niezrozumienie Mandelsztama, Pasternaka czy Brodskiego. Bo choć uczynił rosyjską myśl religijną i filozoficzną centrum swoich prywatnych studiów, być może nie rozumiał Rosji, choć doświadczył jej więcej niż inni.

Choć przyswajał literaturę wielu kręgów kulturowych, nie był poliglotą. Korzystając z okazji, chciałabym przypomnieć – bo często jestem pytana, czy znał japoński, chiński, hebrajski, hiszpański, szwedzki, litewski, rosyjski, węgierski – że znał wyłącznie języki francuski i angielski i z nich tłumaczył bezpośrednio. Z lekcji szkolnych pamiętał łacinę. Dla potrzeb tłumaczenia Biblii z języków oryginału uczył się (mając lat niespełna sześćdziesiąt) odmiany greki zwanej koine. Jeśli chodzi o hebrajski, przyswoił sobie ten język (na kursach w Berkeley) w takim zakresie, by konsultując przekład z Dawidem Weinfeldem oraz przede wszystkim z przekładami Biblii w innych językach – bo, jak pisał, tłumacz tekstów biblijnych nie może pracować samotnie (CM: Księgi biblijne, 2003, s.280) – dokonać tej żmudnej pracy, której redakcyjny trud dzielił z Józefem Sadzikiem oraz Danutą Szumską. Z dzieciństwa pamiętał języki litewski i rosyjski, ale w jakim zakresie, trudno orzec. Krytykom i znawcom teorii przekładu pozostawiam problem przekładów wierszy Miłosza na języki obce, szczególnie tych dokonanych za jego życia, bo ich doglądał i wedle jakiejś swojej intuicji językowej je korygował, czego byłam świadkiem. Bardzo dużo uwag Miłosza na temat tłumaczenia jego utworów znajdą Państwo w Miłoszu w Krakowie.

Nie był znawcą muzyki ani sztuki, nie był melomanem ani entuzjastycznym bywalcem galerii czy muzeów. Prawdopodobnie mógłby się obejść bez muzyki czy malarstwa, w przeciwieństwie na przykład do swego nauczyciela Jarosława Iwaszkiewicza czy Konstantego Aleksandra Jeleńskiego. Ale starał się: i w młodości, i w wieku dojrzałym słuchał dobrej muzyki z płyt, odbywał edukacyjne podróże oraz posłusznie odwiedzał galerie polecane przez przyjaciół i bedekery. Dla kunsztu jego wierszy nieobycie w tych dziedzinach nie miało większego znaczenia: są skończenie muzyczne i malarskie. Ten dar, jakby to ujął Brodski, ma się od Boga.

Jeśli bywał mędrcem, to tylko w takim sensie, że dręczyła go kruchość istoty ludzkiej, był wrażliwy na ból i cierpienie, a jednocześnie upajała go potęga ludzkiej woli, sam zresztą doświadczył jej dobrodziejstw. Całe życie właściwie poświęcił rozmyślaniom nad powołaniem człowieka i nad jego miejscem w boskim planie, jeśli taki jest. Pokładał duże nadzieje w ludzkiej woli, codziennym staraniu się i pracy nad sobą. Od pierwszych literackich refleksji zadawał jedynie najważniejsze pytania: jak żyć oraz czy ocalenie jest w zasięgu człowieka. Wszystkie moje ruchy umysłu są religijne i w tym sensie moja poezja jest religijna (CM: Rok myśliwego, 2001, s. 34). Pragnął nieustannego rozwoju zarówno intelektualnego, jak i emocjonalnego. Stąd u niego potrzeba zgłębiania, samokształcenia, w tym też sensie był self-made manem – zrobił się sam. Z przewrażliwionego, chorobliwie ambitnego i nieśmiałego chłopca targanego potężnymi i sprzecznymi namiętnościami wyrósł wartościowy i twórczy człowiek, a przecież rósł dziczką, wcześnie, bo już w gimnazjum, z dala od domu i zdany na siebie, wrzucony w kościół międzyludzki w wielu zbiorowościach. Samopoznanie i rozwój emocjonalny przychodziły mu jednak z większym trudem niż rozwój intelektualny, choć przecież język był mu tak posłuszny, a umiejętności analizy niepospolite.

Widocznie jednak napotykał na opór w swojej naturze, naturze, której skądinąd poświęcił tak wiele uwagi. Pewnych ograniczeń nie mógł jednak przekroczyć, co ujawni się w porównaniu z jego dalekim krewnym, żyjącym w latach (1877-1939) Oskarem Miłoszem. To jemu pod koniec życia poświęcił utwór pt. Czeladnik (2002). W stosunku do żadnego innego ze swych licznych duchowych i artystycznych mistrzów autor Ziemi Ulro nie nazwał się czeladnikiem. Czeladnikiem w czym? W poetyckim rzemiośle? W sztuce życia? Na czym zbywało poecie z Szetejń, że sytuuje się w pozycji wiecznego czeladnika wobec zmarłego u progu epoki, a jednak ją wyprzedzającego mistrza z Czerei?

Tak wiele widziały nienasycone oczy autora Rodzinnej Europy, tak wiele przeżył, tyloma aktywnościami trudził swój umysł i ciało, a jednak, na sposób jakby niemęski, zadawał przez całe życie wciąż te same pytania i wydawałoby się, że tak mało zrozumiał z tego, co było mu dane. Tkwił w kokonie i zaklętym kręgu tych samych młodzieńczych pytań: unde malum? Tych samych obsesji i traum. Nękany żywą obecnością diabła i własną bezsilnością wobec Zła, które zdawało się mocniejsze od Dobra i pomimo ludzkich starań – nieusuwalne. Przytłaczał go ogrom Zła, tak realnie dla niego istniejącego, wobec kruchości, delikatności i znikomości dobra. Dobro, dobroć, dobry to zresztą słowa, którymi Miłosz – pisarz i człowiek – nie szafował. Krótki był szereg osób, których obdarzał tym przymiotnikiem. Ostatni wiersz, jaki mi podyktował, w grudnia 2003 roku, poświęcony był właśnie Oskarowi Miłoszowi, i nosił tytuł Dobroć.

Nie stał się mistykiem jak Swedenborg ani jak Oskar, choć wydaje mi się, że taki był jego ziemski cel, a także ambicja.

Próbował problem Zła rozwiązać, studiując chrześcijańskie i pozachrześcijańskie systemy religijne. Studiował także pisma Oskara, choć ich poetyka była mu obca. Studiował, bo tylko w nim znajdował tak silnego, również, niejako „z krwi”, sojusznika w odbudowywaniu wyobraźni religijnej, sojusznika targanego przez te same rozpacze i zwątpienia: wiecznie trwająca materia / I czas rozciągający się wstecz i w przód nieskończenie (jak napisze w Czeladniku, w części V). Targanego pytaniami: Jak pogodzić nieskończenie dobrego Boga i zło tego świata? Jakie jest przeznaczenie człowieka i jego miejsce w tym porządku?

Oskar był sojusznikiem, by tak rzec, modelowym: o tym samym wzorze biograficznym, bo ich biografie, jak na ironię, ułożyły się bardzo podobnie. Łączyło ich silne przywiązanie do ziemi dzieciństwa – dawnej Litwy – absolutyzowanie miłości, silny Eros, burzliwa, trawiona nienasyceniem młodość, również próba samobójcza, życie poza domem, czyli miejscem urodzenia, poszukiwanie takiego modelu poezji, który byłby zdolny dotrzeć do istoty bytu i ożywić wyobraźnię oraz poszukiwania religijno-filozoficzne, także na obrzeżach herezji i szaleństwa.

A jednak nitki losu Oskara i Czesława zaczęły się rozchodzić, i choć dzieło autora Ocalenia wiele zawdzięcza Listowi do Storge (tj. pierwszej części Ars Magna), jednak pozostało, według określenia poety  młodszego, „prowizoryczne” i przywiązane do ziemi, podczas kiedy mistrz poszedł dalej, wszedł w rejony niedostępne dla czeladnika. Dlaczego niedostępne? Nie miejsce tu, w tym krótkim tekście, na analizę wpływu Oskara na życie i dzieło Czesława, odsyłam Państwa między innymi do Miłosza w Krakowie. Teraz podajmy tylko najprościej, i siłą rzeczy najogólniej, najważniejsze powody.

Cóż więc różni tych dwóch poetów i jakież to ograniczenia napotkał na swej drodze, a przede wszystkim w sobie samym, w swojej psychofizycznej konstrukcji, Czesław Miłosz, co z kolei spowodowało, że nie stał się ani pisarzem metafizycznym, ani mistykiem?

Ponieważ w przeciwieństwie do Oskara, który odnalazł swoje powołanie wbrew swoim potężnym słabościom, nie poskromił w sobie buntu, nie znalazł „miejsca” dla siebie na tym świecie.

Ponieważ pomimo ogromnego życiowego doświadczenia nie miał odwagi powiedzieć „tak” CAŁEMU stworzeniu.

Ponieważ, inaczej niż u Oskara, w jego wierze nie było zgody na to, że Bóg pisze prosto po liniach krzywych, prowadzących również przez Zło (krzywdy, śmierci, zbrodnie).

To Oskar w porządku świata znalazł sens dla ofiary człowieka: czy jest większa wolność niż wolność ofiary? – pisał.

Ponieważ pomimo strywializowania i zbanalizowania słowa „miłość” daleki krewny Czesława odważył się przywrócić mu pierwotną rangę. Kochać ludzi starą miłością, zużytą przez litość, samotność i gniew. Według niego miłość ziemska, erotyczna jest potężnym czynnikiem przemiany człowieka: prowadzi wprost do wyższego arcanum, przygotowuje do najwyższej Transcendencji.

W konsekwencji to jemu, a nie Czesławowi dane było doświadczenie mistyczne w nocy z 14 na 15 grudnia 1914 roku: Wiedziałem, że jest słaby i winien grzechu rozpaczy, / Litując się nad nim, mniej litowałem się nad sobą. / Ale to on otrzymał sakrę z wysoka / I jego duma była dumą króla. / Nagroda Nobla jest w sam raz dla mniejszych– napisze noblista w III części Czeladnika. Ileż mówi nam ton tych wersów i ten mały spójnik przeciwstawny „ale”!

Oskar poświęcił się vita contemplativa, nie zaniedbując codziennej drobnej krzątaniny i służenia ludziom swoją wiedzą i pracą, i osobą. Nadał wyraźny kształt nie tylko swojej twórczości, ale przede wszystkim swojemu życiu. Po iluminacji Oskar tworzy coraz bardziej hermetyczną poezję, aż zdaje się dociera do jej granic, wieńcząc swoją misję poetycką traktatami Ars MagnaLes Arcanes, będącymi podsumowaniem jego religijnych, filozoficznych i biblijnych studiów, wykładnią systemu metafizycznego oraz zapisem jego proroctw. Ksiądz Józef Sadzik we wstępie do Ziemi Ulro napisze o Oskarze: „nie będzie ukrywał swojego mistycznego olśnienia […] i całe dojrzałe dzieło skieruje ku «pielgrzymowaniu do źródeł», szukaniu ostatecznego «miejsca» dla człowieka. Przez wszystkie mity i języki, przez studiowanie Swedenborga, Jakuba Böhme, Saint-Martina, przez osobliwą interpretację Księgi Rodzaju i Apokalipsy, będzie próbował odszyfrować bezdomność człowieka, wymiar jego cierpienia i godności, sam zresztą nazywając siebie «nowym Adamem»” (Inne niebo, inna ziemia [w:] CM: Ziemia Ulro, 2000, s.  16).

Oskar Miłosz stanie się prorokiem wielkiej przemiany, wizjonerem. Jednocześnie ma świadomość, że odwaga bycia prorokiem wyklucza jego dzieło z głównego nurtu humanistyki światowej, pomimo że jego teorie na temat czasu i przestrzeni znalazły jeszcze za jego życia potwierdzenie chociażby w teorii względności Einsteina. Pokornie godzi się na to, ponieważ wie, że ono i tak będzie powoli torować sobie drogę za pośrednictwem gorliwych, choć, podkreślmy, sceptycznych czeladników. Czyż, jak pokazał los Czesława, nie ten najlepiej służy, kto rozumie?

Kim więc był Czesław Miłosz?

Był poetą i we wszystkim, co i jak robił, odciska się emocjonalny i szeroki gest i zmysł poety.

Poetą, czyli stworzeniem o bardzo cienkiej skórze, reagującym spontanicznie i skrajnie subiektywnie, a więc również bardzo często niesprawiedliwie. Poetą, a więc buntownikiem. Czuję, że moje pióro – pisze w liście do Iwaszkiewicza – gdybym mu popuścił, byłoby całkiem wściekłe (CM: Zaraz po wojnie, 2007, s. 227). Poetą, czyli centaurem: doskonale przepołowionym, rozdartym między dzikim, pełnym chuci, barbarzyńskim życiem tu i teraz a rajską utraconą przestrzenią, która przechowała się w elegijnej pamięci jego serca i nadziei, że będzie nam kiedyś przywrócona.

Jego życiowe karkołomne wybory, dokonywane często pod wpływem niezrozumiałego impulsu, były wyborami poety. Jego poszukiwania sytuacji moralnie czystych, nieskazitelnych – były marzeniem poety. Jego eseistyka – jest eseistyką poety. Poszukiwania formy bardziej pojemnej, na miarę jego proteuszowej i dionizyjskiej natury – były poszukiwaniami poety totalnego, który całe bogactwo nieobjętej ziemi chciałby zamknąć w jednym spiżowym doskonałym zdaniu.

Był poetą natchnienia i, choć niecierpliwy w życiu, potrafił długo pracować nad formą (jak ustalała się forma dzień po dniu pokazuje właśnie Miłosz w Krakowie). Widać absolutną koncentrację na własnej poezji, poświęcał jej najlepszą część dnia: od rana do południa, bo jak pisał we wstępnie do tomu Światło dzienne: „poezja jest dla mnie raczej sprawą dnia niż nocy (CM: Światło dzienne, 1953, s. 5) oraz, pomimo rozlicznych zatrudnień, oddawał jej cały swój élan vital, co było zresztą sprzężeniem zwrotnym, bo udany wiersz, własny czy cudzy, napełniał go niespotykaną energią. Wampirycznie, co zrozumiałe, obcował z wierszami innych poetów: studiował ich środki i metody, potrafił się nimi zachwycać i dawał się uwodzić, a wtedy stawał się niestrudzonym propagatorem tej poezji. Kiedy jednak coś nie spodobało mu się w dziele innego poety, potrafił na zawsze znielubić i choć nie przestudiował go dogłębnie nic nie przekonało Miłosza, żeby zmienić zdanie. To spotkało Larkina. Dorzućmy tu jeszcze Becketta. Jego dzieła też nie zgłębił, i choć nazwie go „najuczciwszym” pisarzem współczesnej cywilizacji (CM: Ziemia Ulro, 2000, s. 263) zdecyduje się jednak na stanowczy wobec niego sprzeciw.

Z drugiej strony, jeśli jesteśmy przy formie, to powiedzmy, że tak jak i nas u Miłosza, tak i jego samego dręczył własny nadmiar, wielosłowie, powtarzalność wątków, motywów, całych fraz, z czego nie potrafił zrezygnować. Niemożność skupienia się na jednym (na poezji), rozrzutność niegodna wielkiego artysty. Chciałby, jak Gombrowicz, eliminować ze swojego warsztatu zatrudnienia podrzędne: liczne prace recenzenckie, antologiczne, redaktorskie, promotorskie, których się podejmował.

Dodajmy jeszcze, że był poetą organicznym, w każdym geście, na przekór okolicznościom: autorem wielkich literackich projektów i książeczek komponowanych i przepisywanych ręcznie w jednym egzemplarzu. W jądrze ciemności, w 1943 roku w Warszawie pędzelkiem i piórem, jak japoński malarz, wykaligrafował cykl Świat, poema naiwne; na początku 1945 roku – Wiersze pół-perskie dla Jerzego Turowicza; w 1964 roku – Wiersze i ćwiczenia dla Marka Skwarnickiego. Oczywiście robił to samo, co od wieków w burzliwych czasach robili artyści: Goethe czy Schiller w epoce rewolucji francuskiej i Napoleona, czy Proust w erze wielkiej wojny – zachowywał substancję. Wydaje mi się jednak, że w tych drobnych i pracochłonnych gestach jest coś więcej.

O życiu Miłosza można powiedzieć to samo, co rzekł o Simone Weil: nie nadawał się do życia. (…) przez całe prawie życie funkcjonowałem z trudem, na samej granicy krzyku (CM: Ziemia Ulro, 2000, s. 236).

Biografia noblisty jest, pomimo ogromnej literatury przedmiotu i licznych autobiograficznych komentarzy poety, terenem wciąż mało znanym, pełnym białych plam, narosłych przez lata zafałszowań i mitów. Niewielu jest też autorów tak bardzo osobiście zainteresowanych w zacieraniu śladów (wiele o tym w mojej ostatniej książce), a jednocześnie tak bardzo tęskniących do scalenia jak Miłosz.

Los albo złośliwy demiurg układał jego życie według możliwie najciekawszego wzoru, starannie dozując wzloty i upadki, rzucał go w epicentra wydarzeń kluczowych dla XX i XXI wieku: Rosja i Syberia początku XX wieku, rok rewolucji październikowej w Rżewie nad Wołgą, manewry I wojny światowej widziane z przyfrontowych podróży za ojcem odbywanych wraz z matką; bogate w wydarzenia lata międzywojnia w Wilnie i Warszawie; klęska 1939 roku oraz okupacje niemiecka i sowiecka widziane in statu nascendi; lata 1940-1944 w okupowanej przez nazistów Warszawie; lata 1946–1950, gdy świat zmieniał skórę, spędzone w Ameryce, obserwowane z prominentnego stanowiska urzędnika ambasady komunistycznego państwa, obracającego się w najwyższych kręgach polityczno-kulturalnych ówczesnego świata; lata 1951–1960 we Francji komunizujących elit, jako persona non grata, w biedzie, co odczuwał jako poniżenie; następnie ponad trzydzieści lat w Berkeley, w Ameryce, w laboratorium światowego postępu oraz mateczniku rewolucji kulturalnej, doznawanej z pozycji nikomu nieznanego poety i „ciemnowielmożnego” profesora literatur i języków słowiańskich.

Podczas pierwszej od wybrania w 1951 roku emigracji podróży do kraju (w 1981 roku) widział Polskę zrywu solidarnościowego, by później patrzeć zrezygnowany na jej koniec. Około połowy lat 90. osiadł w Krakowie. W tym mieście „na granicy świata i zaświatów” (cytat z wiersza W Krakowie w tomie Druga przestrzeń), w mieście, które najbardziej z polskich miast przypominało mu Wilno, gdzie nauki pobierała jego przedwcześnie zmarła matka, gdzie osiadł po wojennej tułaczce i gdzie spoczywa jego ojciec; ojciec, który, choć doczekał sławy syna, nie znał żadnej jego książki, i gdzie on sam zakończył swój ziemski bieg.

Złośliwy albo miłosierny demiurg cierpliwie podsuwał Miłoszowi prefiguracje własnego losu. Jest nią chociażby osoba Oskara Miłosza, o czym już pisałam.

Ów los urządzał podejrzane zbiegi okoliczności, które aż prosiły się o uwagę poety, nad którymi pewnie Konstanty Jeleński nie przeszedłby do porządku dziennego. Mam tu na myśli chociażby dzień, w którym umiera matka Miłosza: 22 listopada 1945 roku. Syn nie jest obecny przy tej śmierci; podpisuje wówczas w Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Warszawie umowę, na podstawie której pełnić będzie obowiązki dyplomaty na placówkach w Nowym Jorku, a potem w Waszyngtonie. Ten „diabelski cyrograf” spowoduje, że poeta uwikłany w Historię zostanie wessany w politykę i w narodowy kontredans zdrady, co z kolei zaowocuje „sprawą Miłosza”, a na arenie międzynarodowej, w epoce zimnej wojny, kuriozalnym Milosz case.

Musi zastanawiać niesamowita aktywność tego człowieka. Jak William Turner, z notatnikiem przemierzał Ziemię, odbywał niezliczone podróże, wykłady, wieczory autorskie. Czasem prosto z samolotu, wracając do San Francisco z wieczoru autorskiego, szedł na wykład na uniwersytecie. Następnie do domu, po drodze zakupy, by przyrządzić lunch, a po nim zasiąść przy rozpalonym kominku ze szklaneczką bourbona przy lekturze potrzebnej do kolejnych planów literackich. A przecież do południa były jeszcze prace twórcze. Mamy ochotę, studiując z rosnącym przerażeniem to życie, tak szczelnie wypełnione gorączkową krzątaniną, spełniane jakby na krawędzi przepaści, zawołać: co z tobą, człowieku?! Kiedy słuchałam ballad Mickiewicza nagranych przez Miłosza w gorące lato 1974 roku, czytanych głosem zmienionym, frenetycznym, jakby go bies gonił, głosem Miłosza-Mickiewicza, zrozumiałam, że dla tego człowieka piekło i siarka, i Książę Tego Świata nie jest tylko literaturą. Ostatni zapis w kajecie (w kajetach, czyli zeszytach, Miłosz notował wiersze, użyteczne cytaty; kajety były rodzajem rękopiśmiennego warsztatu pisarza) następujący po szkicu wiersza Dobroć brzmi: „Siedzieliśmy po uszy w palącej się smole wywieszając ozory spragnione choć kropli wody”.

Jego życie orały ryzykowne decyzje związane z poszukiwaniem pozycji, w której mógłby zachować niezależność jako pisarz i człowiek, i mówić wyłącznie w swoim imieniu, za co wysoką cenę płacili również jego bliscy. Decyzje, które z perspektywy czasu nie mogły przynieść nic dobrego.

Chciał być pisarzem metafizycznym, więcej – mistykiem; został w większości krajów, po części też w Polsce, pisarzem politycznym. W tym miejscu warto odnotować, że życie kontemplacyjne z całą pewnością pociągało Czesława Miłosza. Szczególnie w trudnych momentach wydawało się, że jest o krok. Pracując w latach 1946-50 w odpychającej dla niego Ameryce intensywnie myśli o wstąpieniu do wspólnoty Primavera, założonej przez huterytów i żyjącej w lasach Paragwaju według ewangelicznych zasad pierwotnych wspólnot. W 1949 roku, po powrocie z urlopu w Polsce, jest w rozpaczy, przybity stopniem sowietyzacji kraju. Rozważając przyłączenie się do Primavery spotyka się z jej wysłannikami w Waszyngtonie.  Od ostatecznej decyzji odwiodła go zdecydowana miłośniczka amerykańskiej demokracji – późniejsza żona Janina. Myśli o podróży do Indii. W lutym 1955 roku składa do Rockefeller Foundation podanie o grant na książkę, która w związku z tą podróżą miałaby powstać. W sierpniu 1955 Fundacja odmawia. Wątek duchowego przewodnika, a zarazem odnowiciela języka i religijnego rytuału znajdzie chociażby rozwinięcie w dziwnej powieści – proroctwie Góry Parnasu, nad którą myślał już w 1967 roku, a nad którą intensywnie i z radością pracował w latach 1970-1971 oraz w utworze Liturgia Efraima (1968). Odsyłam do mojego posłowia do tej powieści pt. Prorok Nowego Świata, niewydanej za życia CM, a przygotowanej przeze mnie do druku z maszynopisów.

Zdaje się, że napięcie pomiędzy vita contemplativa a vita activa już nigdy Miłosza nie opuści. Czy będzie planował tak spektakularne ucieczki jak te – nie dowiemy się już raczej, pozostanie jednakże Miłosz pilnym stróżem duchowego wymiaru ludzkiej egzystencji.

Spuścizna literacka noblisty jest zdominowana przytłaczającą, skupioną na detalu, obsesyjnie nawracającą do tych samych wątków, odautorską narracją o sobie i swoim dziele. Pomimo wyjątkowej pamięci oraz zdolności autoanalitycznych, jakie obserwujemy chociażby w korespondencji z Iwaszkiewiczem czy Jeleńskim, autor Kronik lubi co jakiś czas zaznaczyć, że właściwie nie rozumie swojego życia, nie rozumie też siebie z różnych jego faz i nie wie, co tamten chłopiec ma wspólnego z nim obecnym. Te konstatacje są tak częste, że pytamy siebie, czym one właściwie są: pisarską kokieterią? Stałym elementem gry z czytelnikiem? Zawieszeniem sądu?

Wydaje się, że naprawdę obserwujemy z jednej strony niemożność zintegrowania swojej osoby we własnych oczach, poczucie nieciągłości własnej biografii, poczucie niemożności wypowiedzenia „prawdy” o sobie i swoim życiu, a z drugiej strony silną potrzebę scalenia, co znajduje swój wyraz również w upartym odwoływaniu się do tradycji Wielkiego Księstwa Litewskiego, w lekturach starych kronik, genealogii, co z kolei plonuje takimi utworami jak Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada czy, by iść dalej, ideą Europy Środkowo-Wschodniej.

W planie praktycznym to silne dążenie do scalenia Miłosza w nim samym oraz poza nim wyrażało się w potrzebie posiadania interpretatora i krytyka jego dzieła, a także propagatora w świecie. Widząc w Jeleńskim modelowego i uważnego czytelnika swoich książek, a także, co nie bez znaczenia, człowieka wielu zalet charakteru, owej – jak to określił Czapski – „hojności bez rachunku”, nałożył to zadanie na niego. Zadanie to zresztą Kot w dużej mierze wykonał. Miłosz poszukiwał też, wpierw tłumacząc i wydając innych polskich poetów na angielski, tłumacza swoich wierszy; nie znalazłszy, zaczął sam je przekładać.

Choć nie umiał obcować z ludźmi (w tym sensie był naprawdę „biednym człowiekiem”), niestrudzenie całe życie szukał rozmówcy, prawdziwego przyjaciela, bratniej duszy i współodczuwającego towarzysza rozmów, którego przywiązania nie będzie musiał się obawiać i przed którym będzie mógł się otworzyć.

Z pewnością należał też do tej formacji cywilizacyjnej, która spragniona jest obcowania, pełnego pasji i zaangażowania, a także, na czym szczególnie zależało Miłoszowi i czego odczuwał ciągły brak, grandeur, rangi, a z nią nieuchronnie związanej miary i hierarchii.

W tym sensie był, od wczesnej literackiej młodości, niestrudzonym gospodarzem literatury polskiej: nałożył na siebie „prywatny obowiązek” podciągania jej poziomu, poszerzania orbity, co mogą Państwo sprawdzić, śledząc liczne prace translatorskie i redakcyjne tego poety. Był to jedyny obowiązek, z którego nie umiał się wyzwolić.

Potrzeba posiadania przyjaciela – powiernika, który podejmie trud rozmowy – była jedną z najważniejszych potrzeb w życiu Miłosza. Potrzebą, którą będzie zaspokajał, nawiązując relacje zarówno z kobietami, jak i mężczyznami, prowadząc obszerną korespondencję oraz niezliczone spotkania prywatne, a także wieczory autorskie i konferencje. Z drugiej strony pole magnetyczne autora Nieobjętej ziemi było tak silne i zaburzone, że nie wszystkie przyjaźnie wytrzymały próbę czasu: zmieniały się w toksyczne i niebezpieczne związki czy też zwyczajnie się wypalały.

Jest jednakże pewien aspekt ziemskiego bytowania Miłosza, którego nic nie naruszy i nie zobojętni: gargantuiczna i obsesyjna pamięć, która przy pomocy midasowego wzroku natychmiast zamyka w obrazie wszystko, na co padnie oko poety. Nakaz pamiętania, podległość pamięci jest u niepodległego Miłosza zastanawiająca. Pisanie jako spłacanie długów za dane nam tu i teraz życie, jakiekolwiek by ono nie było, a także pisanie jako strategia dosłownie ocalająca. Zatrzymująca świat, jak owad w bursztynie, zanim będzie nam wrócony w powtórnym odrodzonym kształcie. Niby nic nowego, ale jednak on w to prawdziwie wierzył i tylko to miał przeciw marności (i nicości). Nic innego zresztą nie umiał i tylko w tym czuł swoją przydatność w oeconomiae divinae.

Myślę o życiu i dziele Miłosza od kilkudziesięciu lat bardzo intensywnie. Widzę je we wszystkich możliwych przekrojach i obrotach: Miłosz mąż, kochanek, a nawet wielki miłośnik, ojciec, kompan, przyjaciel, „podróżny świata” czerniący papier, człowiek trawiony nienasyceniem i melancholią, furiami, słusznym i niesłusznym gniewem. Maski Miłosza i męki autoprezentacji.

Miłosz – osierocone dziecko znad rzeki Niewiaży. Dodajmy: wcześnie osierocone. Przez Naturę, Boga, matkę, kobietę i wreszcie naród.

Widzę go jako poetę w czasach pierwszych chrześcijan albo w czasach reformacji czy jako bohatera Imienia róży, z tym że jest jednocześnie zbłąkanym mnichem studiującym zakazane księgi i inkwizytorem.

To wszystko, czym teraz z Państwem się dzielę (i jeszcze trochę więcej), starałam się pokazać w książce Miłosz w Krakowie. Właśnie pokazać, a nie opisać, bo obraz jest zawsze silniejszy. Pokazać całe życie skupione jak w soczewce i uwydatnione przez ostatnie lata życia. Poprzez obrazy, sceny, rozmowy z pisarzem oraz portrety osób mu bliskich: jego żon, ukochanych kobiet, synów, brata, przyjaciół. Starałam się pokazać przede wszystkim pisarza zanurzonego w materii życia, życia niemożliwego, a jednak przez Miłosza wypełnionego aż po brzegi, i do końca. Zapis dnia codziennego Miłosza i jego otoczenia, zapis rozmów z nim, rozmów z innymi, kontekstu, aury, detali, całego tego mrowienia, ruchów tektonicznych, które wypiętrzają dzieło. Jak tworzył, czego potrzebował, co czytał, czego nie, jak używał drugich, jak siebie. Złapać myśl pisarza na gorącym uczynku, jego reakcje, słowne i nie. Co mówił o sobie i o innych. O czym milczał. Byłam w środku tej retorty. I wreszcie nieukończona książka o starości i bólu, którą dyktował mi na kilka tygodni przed śmiercią i którą wraz z rytmem dyktowania włączyłam do Miłosza w Krakowie.

Ból – być może najbardziej tajemnicza ingrediencja w dziele Miłosza i zarazem jego przeszkoda największa.

Nieodmiennie, kiedy myślę o Miłoszu, staje mi przed oczami arcy-człowiek, który przedwcześnie poznał swój los, choć obawiał się go zrozumieć. Syzyf i kamień jego bólu.

Kraków, 2011 – 2016.

Uzupełniona wersja tekstu: Czesław Miłosz w świetle dwóch syntez bibliografii i kalendarium. Zob. O mnie. About me/Biografia pełna.